czwartek, 15 marca 2012

Między zimą a wiosną - marazm, przesilenie, złe samopoczucie - jak zwalczyć? :)

Bierzcie ten post z przymrużeniem oka, gdyż każdy przesilenie wiosenne zwalcza na swój sposób, a najlepszym sposobem są oczywiście owoce, witaminy, ruch i dobre odżywianie się :-)
Ja jednak chciałabym zaprezentować Wam kilka swoich "sposobów" na ten trudny dla wielu dziewcząt czas :)


1. Herbata owocowa
Mnie zawsze pobudza lepiej niż napoje typu RedBull, najlepiej z dodatkiem hibiskusa lub Guarany ;)


2. Jak zapach to tylko wiosenny!
Świeży, kwiatowo - owocowy, bądź cytrynowy :) Od lewej: CUU Magic, z nutą ogórka :) ; No 4711 - cytrynowo-pomarańczowa woda kolońska unisex :) ; Adidas Happy Game - cudowna wiosna w buteleczce, m.in. melon, frezja, bursztyn <3

3. Niech na paznokciach zagości słońce!Jasne, słoneczne kolory na paznokciach zawsze poprawiają mi humor i są do tego piękną, wiosenną ozdobą :)
Anafeli 29 - soczysta brzoskwinka :)
Essence 23 Sundancer - jak jajeczne żółtko lub bajkowy żółty ser <3
4. Usta też zasługują na odrobinę wiosny :)
Przezroczysty smak mango? Mleczny nude z nutką brzoskwini? Fuksjowy lip tint? Wybór należy do Ciebie :)
Od lewej: Lip Smacker Mango Tangelo; Essence XXXL Nudes 05 Forever Rose; Lip Tint gloss Essence Whoom Boom 01 Muse Marylin
5. Mała porcja słodyczy na każdy dzień :)
Malutkie paczuszki żelków to must have w każdej wiosennej torebce :) Te, które tu widzicie to PartyMix z firmy SugarLand, z tego co wiem są dostępne w Lidlu, mi przywiózł je chłopak prosto z Belgii, więc smakują jeszcze lepiej - bo z samego serca!


A jakie są Wasze sposoby na zimowo-wiosenny marazm? :)

środa, 14 marca 2012

Podziękowania, informacje, pisanina poranna :)

Hej kochane czytelniczki!

Nawet nie wiecie jakie ogromne było moje zdziwienie kiedy wchodząc dziś na bloggera zobaczyłam liczbę 291 ... kiedy ostatni raz byłam na swoim blogu liczba obserwatorów wynosiła 271 ! Dziewczyny, bardzo Wam dziękuję, bo tak szybki przyrost obserwatorów oznacza dla mnie, że to co robię ma sens, a mój blog staje się coraz lepszy :) Nie ukrywam, że długo pracowałam nad jego wyglądem oraz formą, w jakiej prezentuję Wam recenzje i wpisy (no i przyznam się bez bicia, że pracuję nad tym nadal) :-)
Mam nadzieję, że czytanie mojego bloga sprawia Wam frajdę i że wynosicie z niego przydatne informację :) Będę się starać, by był on dla Was jeszcze ciekawszy!

DZIĘKUJĘ, ŻE JESTEŚCIE TU ZE MNĄ, BO TO WY JESTEŚCIE SENSEM ISTNIENIA TEJ STRONY!


Niedługo na blogu kolejne ciekawe recenzje, również produktów wygrzebanych z moich sporych zbiorów, będą zachwyty oraz buble, trochę nowości z półek spożywczych ;), moje triki urodowe i nie tylko, kilka słów o dobrych książkach :)
Mam nadzieję, że się nie zawiedziecie :)


A tymczasem uciekam szykować się na popołudniowe zajęcia, bo na poranne - ku mojej wściekłości - zaspałam :(

PS
Zachęcam do zostawiania komentarzy - wiem, że wiele osób zniechęca weryfikacja obrazkowa, ale U MNIE JEJ NIE MA :)

sobota, 10 marca 2012

Waniliowe Czytadła: "Arabska Żona", Tanya Valko - fikcyjna opowieść z cząsteczek prawdy

*fotografia pobrana z serwisu http://polowki.pl

Zaczynając cykl wpisów odpowiadający mojej serii filmików na YouTube pt. "Waniliowe Czytadła", chciałabym się podzielić z Wami refleksją na temat książki Tanyi Valko "Arabska Żona".
Może najpierw co nieco o autorce - Tanya Valko to pseudonim absolwentki mojego rodzimego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kobieta ta odnalazła swoją ogromną pasję w poznawaniu kultury islamu - pracowała i do dziś dzień pracuje w krajach Bliskiego Wschodu.
Książka "Arabska Żona" to literacka fikcja, której podwaliną były prawdziwe historie wielu kobiet, Polek i Arabek, zasłyszane lub zaobserwowane przez Panią Valko.

Książka traktuje o młodej Polce Dorocie, która poznaje Libijczyka Ahmeda - oczywiście zakochują się, Dorota zachodzi w ciążę, po kilku latach wyjeżdżają na krótkie wakacje do Libii, do rodziny Ahmeda, gdzie w końcu oboje postanawiają zostać. Przykładny mąż Doroty po powrocie do kraju zaczyna powoli przeradzać się w stereotypowego islamskiego męża - więcej nie powiem, bo zepsuję Wam lekturę :)

Co mnie w tej książce urzekło? Piękny, choć trudny, portret muzułmańskiej rodziny, czarujące - choć i tu często smutne - sylwetki bardzo różnych od siebie kobiet. Mimo zła - a może po prostu inności? - które niebezpiecznie czai się wśród słów książki, jest tam wiele urzekających, ciepłych momentów, które bardzo sobie cenię w tego typu pozycjach.
"Arabska Żona" jest książką niewymagającą, zdecydowanie na dwa-trzy wieczory, ponieważ napisana jest bardzo prostym i żywym językiem, a na dodatek bardzo wciąga.

Co mi przeszkadzało? Przede wszystkim bardzo denerwowała mnie osoba Doroty, nie potrafiłam zrozumieć jej wyborów, według mnie wiele decyzji podejmowała jak zaślepiona podlotka, chociaż miała już dziecko i powinna patrzeć na życie z nieco większą rezerwą i ostrożnością. 
Odrzucały mnie też momenty dość wulgarnego erotyzmu, który moim zdaniem mógł być przedstawiony nieco mniej obrazowo, chociaż może właśnie nie mógł - nie wiem, możliwe, że zależy to po prostu od wrażliwości czytelnika.
Odrobinę irytowały mnie też fazy zmiany Ahmeda, były dla mnie jakieś dziwne, naciągane. Przytoczę tu moją ulubioną (całkowicie opartą na faktach) pozycję dotyczącą kultury islamu i kobiety, która została uwięziona przez męża muzułmanina w jego kraju - "Tylko razem z córką" Betty Mahmoody - tam przemiana  mężczyzny, Moody'ego,  była lepiej sportretowana - zdecydowanie bardziej wiarygodnie. (na marginesie polecam książkę Betty Mahmoody, według mnie obowiązkowa pozycja dla osób interesujących się a) kulturą islamu, b) literaturą faktu, c) osób, które przeczytały i podobała im się "Arabska Żona")

Komu polecam? Osobom zdecydowanie od 16 roku życia, nie jest to książka odpowiednia dla młodszych czytelników. Zdecydowanie osobom zainteresowanych obcymi kulturami, portretami rodzinnymi, literaturą o kobietach. Polecam podejść do tej pozycji z delikatnym przymróżeniem oka - wtedy te naciągane momenty, których jest w książce dobrych kilka, nie będą Was tak razić.

Chętnie poznam 
1) Wasz punkt widzenia na temat tej książki
2) Opinię, czy chcecie więcej tego typu wpisów na tym blogu :)

RECENZJA: Perfumowany dezodorant w atomizerze CUU - Sexy - owocowo-kwiatowe uwodzenie :)

Wariant SEXY: 
nuta głowy: owoc granatu, śliwa daktylowa
nuta serca: kwiat lotosu, czarna orchidea, kwiat champaca
nuta bazy: fiołek, ambra, drzewo machoniowe

Najczęściej używany przeze mnie zapach CUU :)
Cena tego zapachu waha się w granicach 8,50 - 9,20zł .

Zapach jest przyjemnie słodki, kwiatowo-owocowy, nie duszący. Wydaje mi się odpowiedni dla dziewcząt młodych, odważnych, lubiących podkreślać swoją kobiecość. Używam go i na dzień i na wieczór, jednak częściej na wieczór - zapach jest zmysłowy, uwodzicielski, wyrafinowany. 

Podobnie jak poprzedni recenzowany przeze mnie wariant Pretty You , niestety utrzymuje się dość krótko na skórze, jednak niska cena oraz solidne opakowanie rekompensują ten minus - możemy go zabrać wszędzie i "poprawić" zapach na sobie. Uwielbiam spryskiwać nim ubrania, wtedy zapach zostaje ze mną o wiele dłużej.

Dla mnie zapachy CUU to strzał w dziesiątkę, szczególnie dla kobiet młodych, które chcą zapachem podkreślić swoją osobowość nie musząc wydawać fortuny na perfumy - CUU oferuje nam zapachy godne drogich konkurentów w bardzo przystępnej cenie.

Odejmuję jedynie punkt za krótką trwałość na skórze, jednak wśród zapachów to jeden z moich faworytów
9/10

strona CUU: KLIK :)
fanpage CUU na facebooku: KLIK :)
lista dystrybutorów CUU: KLIK :)

piątek, 9 marca 2012

RECENZJA: Maska aloesowa BioDermic (płócienna)

Dziś z nieukrywaną przyjemnością chciałabym przedstawić Wam maskę aloesową firmy BioDermic . Maska jest w niebanalnej i niecodziennej formie - płóciennej maski nasączonej produktem, który ma za zadanie:
a) oczyszczenie skóry twarzy i szyi
b) działać bekteriobójczo, szczególnie w porach naszej skóry
c) regenerować skórę, łagodzić podrażnienia
d) nawilżać

Przed użyciem masek aloesowych BioDermic moja skóra była: mocno przesuszona, zaatakowana przez "wytrwałe" wypryski, jak również w wielu miejscach podrażniona. Postanowiłam więc wypróbować maskę w bardzo awaryjnych warunkach i sprawdzić jaki będzie rzeczywisty efekt.
PLUSY:
+ bardzo wygodna aplikacja - wyjmujemy maskę ze srebrnej folii, rozkładamy i nakładamy na twarz i szyję. Najlepszą pozycją dla tej 15-20minutowej kuracji jest pozycja leżąca, gdyż wtedy mamy pewność, że maska nie będzie się od skóry odklejać.

+ bardzo dobrze nawilża najbardziej przesuszone miejsca na twarzy

+ po zdjęciu widoczne jest złagodzenie miejsc podrażnionych, zaczerwienionych

+ działa oczyszczająco i wspomagająco przy walce z wypryskami - moje oporne "egzemplarze" po pierwszym zastosowaniu maski zaczęły bardzo szybko zanikać

+ widocznie zmiękcza, wygładza skórę oraz nadaje jej promienny wygląd, co zauważyła nawet moja mama zaraz po tym gdy zdjęłam maseczkę

+ wspaniale się sprawdza przy cerze mieszanej

MINUSY:
- niezbyt przyjemny zapach

- uczucie delikatnego pieczenia na twarzy, które powoli zanika, a po zdjęciu maseczki znika kompletnie

- należy jej poświęcić 20 minut ze swojego życia ;) i najlepiej położyć się z nią, więc chodzenie po domu inne czynności wtedy odpadają (jednak dla niektórych może być to plus :))

MOJA OPINIA: Maska sprawdziła się idealnie w warunkach najbardziej kryzysowych. Pomogła w niebywałym przesuszeniu i podrażnieniu skóry, jakiego ostatnio było mi dane niestety doświadczyć. Pomogła również przerwać cykl powstawania wyprysków, z którym od pewnego czasu się borykałam. Nawet nieprzyjemny zapach i pieczenie nie mogą sprawić, bym dała jej ocenę niższą niż:
9/10
Zachęcam jeszcze raz do odwiedzenia strony producenta: http://www.biodermic.pl 

Maski, prócz drogerii wymienionych na stronie producenta (zaopatrzenie dopiero rozwija się), możecie znaleźć w sklepie internetowym BioDermic: http://biodermic.istore.pl/

Zapraszam również na fanpage firmy BioDermic, gdzie znajdziecie informacje o konkursie, w którym można wygrać maski :) http://www.facebook.com/profile.php?id=100000105528914#!/BioDermic

wtorek, 6 marca 2012

RECENZJA: Nivea Long Repair, odżywka do włosów - marzenie!

Dzisiaj chcę Wam opowiedzieć coś niecoś o odżywce do włosów z Nivea - Long Repair. Odżywka ta ma za zadanie regenerować długie włosy. Jak wiecie moje włosy są bardzo długie i problematyczne - co wspominam nieraz - ciężko je rozczesać, mają tendencję do kołtunienia się, elektryzowania... słowem ciężka sprawa. Odżywka do włosów w mojej łazience gościć musi ciągle, jeśli jej nie ma po umyciu przeżywam istny dramat - nawet tangle teezer (choć ograniczył ZNACZNIE moje męki) często nie daje sobie rady.


OPAKOWANIE: delikatnie wyprofilowane, co daje komfort pod prysznicem. Stojąca do góry dnem butelka sprawia, że nie mamy problemu z wydobyciem kosmetyku gdy jest go już niewiele. Zatyczka na "klaps" :) dobrze się otwiera, nie musimy się bać o lakier na paznokciach :)

KONSYSTENCJA: Dość rzadka, co sprawia, że naprawdę świetnie nakłada się na powierzchnie włosów. Nie na tyle rzadka, by z nich spływała. Należy nauczyć się jaka ilość odżywki będzie optymalna na naszą długość włosów - gdyż przesadzenie z nią niestety grozi obciążonymi i tłustymi na drugi dzień włosami.

Na zdjęciu obok
możecie przeczytać
co obiecuje nam producent
(wystarczy powiększyć :-)

DZIAŁANIE: Na moich włosach działa cuda. Łatwość, z jaką przychodzi mi rozczesywanie po jej użyciu to najwspanialsza ulga jakiej nie czułam od długiego czasu. Włosy są przyjemne w dotyku, miękkie, lejące się - co bardzo lubię. Dodatkowo delikatnie zwiększa objętość, włosy lepiej się układają. BOMBA. Zauważyłam też, że gdy stosuję ją 2 mycia pod rząd, to przez kolejne 2-3 mycia bez stosowania żadnej odżywki włosy nadal wspaniale się rozczesują!!!

INNE CECHY: Osobiście troszkę przeszkadza mi zapach. Nie jest to zdecydowanie zapach nieprzyjemny, po prostu nie dla mojego nosa :)

MOJA OPINIA: Ta odżywka to istne wybawienie dla moich zmęczonych ciężkim rozczesywaniem włosów. Odejmuję jedynie jeden punkt - za obciążanie włosów przy nieznajomości z nią (tak jak pisałam wyżej należy wypracować odpowiednią dla siebie porcję produktu).
9/10

sobota, 3 marca 2012

Cień w kremie z Essence Circus Circus - Raise the curtain for. Moja miłość!

Dzisiaj chcę Wam opowiedzieć o cieniu w kremie z Essence z kolekcji Circus Circus - 02 Raise the curtain for. W tej formie cieni z Essence zakochałam się już w wakacje, ten konkretny posiadam od grudnia. Jest to najciemniejszy odcień ze wszystkich moich kremowych cieni :)

Aplikacja cieni jest bardzo prosta, po prostu smarujemy palcem po powiece :) Ja zawsze nakładam pod spód bazę w kremie z Essence You Rock, ale baza z Joko również się nadaje, także standardowa baza z Essence (I love), bo jest praktycznie taka sama jak ta z You Rock.

Trwałość tego produktu to coś, co sprawia, że sięgam po niego bardzo często, przed długimi wyjściami, czy całodniowym pobytem na uczelni. Cienie utrzymują się cały dzień praktycznie bez szwanku - po 8-10 godzinach mogą się delikatnie zebrać przy załamaniu, ale nie jest to jakieś drastyczne wałkowanie się i wystarczy przeciągnąć po oku palcem, by makijaż znów wyglądał jak świeżo nałożony.


Kolor 02 Raise The Curtain For to dość ciężki do opisania dla mnie odcień. Wydaje mi się, ze jest to błotnisty brąz w połączeniu ze starym złotem i srebrem.

Kolor na powiece można stopniować, nałożywszy więcej uzyskamy efekt mocny, kremowy, błyszczący, nakładając mniej będziemy mieć efekt satynowy, pięknie połyskujący, perłowy.

Ja te cienie kocham, najważniejsze jest dla mnie, by makijaż prezentował się efektownie, a także by był długotrwały - nie lubię w ciągu dnia się poprawiać, a często wychodzę z domu koło 9.00 i wracam dopiero po 20.00 . Z tego względu cienie w kremie z Essence są w mojej kolekcji wręcz niezbędne.

Kocham je i daję im bezsprzecznie
10/10